Po przejściu długiego korytarza, w którym każdy krok odbijał się echem jak wyrok, dotarliśmy w końcu do kaplicy. Korytarz zdawał się nie mieć końca — z obu stron ciągnęły się cele, a zza krat patrzyły oczy, których nie sposób zapomnieć. Jedne puste, jakby bez życia. Inne – wypełnione gniewem. Jeszcze inne – dziwnie spokojne, jakby gdzieś po drodze zrozumiały coś, czego my, wolni, wciąż nie pojmowaliśmy.
W naszych głowach wciąż brzmiało jedno: oni są tu, bo na to zasłużyli. Nie czuliśmy współczucia, raczej ciekawość zmieszaną z nieufnością. Wiedzieliśmy tylko, że większość z tych, którzy tu przychodzą – jak nam wcześniej powiedziano – „doświadczyła już spotkania z Bogiem”. Brzmiało to abstrakcyjnie. W końcu jak człowiek, który zabił, zdradził, zniszczył życie innych, może mówić, że poznał Boga? I o czym w ogóle mieliśmy z nimi rozmawiać?
Kiedy drzwi kaplicy zamknęły się za nami, czas jakby stanął w miejscu. W rogu stał prosty krzyż z drewna, nad nim migotało słabe światło jarzeniówki. Zaczęli schodzić się więźniowie. Różni — młodzi, starzy, czarni, biali, Latynosi. Niektórzy z tatuażami na twarzach, inni z Biblią w dłoniach. Nasza grupa powoli zniknęła w ich tłumie. Nagle granica między “my” a “oni” zaczęła się rozmywać.
Podeszliśmy do starszego mężczyzny. Zapytaliśmy, jak poznał Boga. Spojrzał na nas spokojnie i powiedział:
– Miałem raka. Lekarze dawali mi dwa miesiące życia. Mój wyrok kończył się za pięć lat, więc wiedziałem, że nie dożyję wolności. Pewnej nocy przyszedł do mnie Jezus. We śnie położył rękę na moim brzuchu i wyciągnął ze mnie coś, jakby cały ten ból i gniew. Obudziłem się – guza nie było. Lekarze powiedzieli, że to cud.
Uśmiechnął się lekko.
– Zostały mi dwa lata. Chcę wrócić do domu i nauczyć swoje czternaścioro wnuków, jak żyć dla Boga.
Podeszliśmy do kolejnego więźnia — trzymał w dłoniach ogromną, starą, zniszczoną Biblię. Zapytaliśmy, jak on poznał Boga. Spojrzał na nas i powiedział:
– Jezus przyszedł do mnie we śnie.
Jako chrześcijanie wiedzieliśmy, że takie rzeczy zdarzają się tylko wtedy, gdy Bóg nie ma kogo posłać. To rzadkie, wyjątkowe doświadczenia. Jego słowa poruszyły nas głęboko. Złość, niezrozumienie i osąd, z którymi tu przyszliśmy, zaczęły ustępować miejsca współczuciu. Powstrzymywaliśmy łzy, żeby nie uznali nas za mięczaków.
Mężczyzna kontynuował:
– Jezus pokazał mi, że nikt nie chce tu przychodzić. Świat nienawidzi więźniów, a większość z nas nienawidzi sama siebie.
Podniósł Biblię w jednej ręce, drugą wskazał na salę pełną więźniów.
– Kto opowie im o Jezusie, jeśli ja stąd wyjdę? Codziennie przychodzą nowi, bez nadziei. Kto ich nauczy, jeśli nie ja? W tym momencie zrozumiałem, dlaczego mam jeszcze pięćdziesiąt lat wyroku.
Miał już ponad pięćdziesiąt lat, więc wiedzieliśmy, że nigdy stąd nie wyjdzie.
Zrozumieliśmy, że jesteśmy tu nie po to, żeby ich oceniać. Nie po to, żeby współczuć. Ale po to, żeby być świadkami. Nawet tam, gdzie świat odwrócił wzrok, Bóg wciąż patrzył.